niedziela, 16 lipca 2017

Cztery gry, przez które w dzieciństwie nie kładłem się wcześniej spać

    Jest sobotni wieczór, rodzice postanowili wyjść na miasto. Jednak, by nie zostawiać nas samych, poprosili kuzyna, aby zaopiekował się mną i bratem oraz dopilnował, byśmy wcześniej położyli się spać. Gdy jednak ma się w domu Pegasusa, to zadanie okazuje się dużo trudniejsze do realizacji. Choć nie posiadałem wówczas pokaźnej biblioteki gier, to jedna składanka plus jeden cartridge z pojedynczą grą skutecznie odciągnął naszą trójkę od konieczności wczesnego położenia się spać. Poniżej zamieściłem listę "winowajców" wraz z krótkim opisem. Nie są one w żaden sposób posegregowane od najgorszej do najlepszej. Kolejność jest totalnie losowa. Zatem jedziemy!



01. F-1 RACE




   Lata 90 - te to okres sukcesów Michaela Schumachera. Jaki dzieciak zafascynowany sportami motorowymi, nie chciał wówczas  zasiąść w bolidzie formuły 1 i poczuć się jak wspomniany wyżej mistrz? No właśnie! F-1 Race dawał nam taką możliwość. Cel był jednak trochę inny aniżeli zwycięstwo w wyścigu. Naszym zadaniem jest pokonanie dwóch okrążeń na torze, nim skończy się czas. Inne bolidy owszem również po torze jeżdżą, ale ich zadanie sprowadza się do przeszkadzania nam w osiągnięciu tego celu. Gra jest bardzo trudna. O ile pierwszy tor jest jeszcze łatwy, o tyle kolejne są już strasznie pokręcone, pełne łuków i ostrych zakrętów. Jednak nie zniechęcało to nas. A wręcz przeciwnie, próbowaliśmy dalej, by udowodnić, że jesteśmy w stanie sobie poradzić. Właśnie przez to gra tak nas wciągnęła. Moment, gdy jadąc ponad 200 km/h na ostrym zakręcie mija się dwóch rywali i w ostatniej sekundzie przekracza linię mety, bezcenny. Moją recenzję F-1 Race znajdziecie TUTAJ.

02. SOCCER




  Jako dziecko nie byłem fanem piłki nożnej, jednak nie znaczy to, że nie lubiłem sobie w takową pograć na Pegasusie. Choć przez powolne tempo akcji brak kilku rodzajów zagrań oraz fauli, trudno nazwać Soccer idealną grą o futbolu, nie przeszkadzało nam to męczyć ten tytuł do późnych godzin nocnych (w sumie żadnej innej gry o tej tematyce nie mieliśmy). Ekscytowaliśmy się możliwością poprowadzenia jednych z najlepszych reprezentacji na świecie (m.in. Niemcy, Brazylia czy Anglia). Ciekawym rozwiązaniem był fakt, że sterowaliśmy równocześnie zawodnikiem w polu i bramkarzem. Mianowicie, jeżeli np. poruszyliśmy się graczem w lewo, golkiper także szedł w tę stronę. Efektownie obroniony strzał lub piękny gol w sam róg bramki dostarczały sporo emocji. A ile nerwów było przy rzutach karnych! Trudno mi Soccer współcześnie komuś polecić, jednak lata temu bawiliśmy się świetnie.
PS Widoku tańczących cheerleaderek w przerwie meczu i brzmienia grającej wówczas muzyki nie zapomnę chyba do końca życia. :)  Po moją obszerną recenzję zapraszam TUTAJ.

03. ZIPPY RACE



  Kolejna gra motoryzacyjna na tej liście. Tym razem kierujemy motorem, który bierze udział w wyścigu po Stanach Zjednoczonych. Co ciekawe, naszymi rywalami na trasie są samochody. Celem jest wyprzedzenie wszystkich i ukończenie wyścigu na pierwszym miejscu. Ścigamy się przez kilka miast. Przy dojeździe do każdego z nich motocyklista na moment odpoczywa i uzupełnia paliwo. No właśnie, naszym największym wrogiem jest benzyna. Gdy spadnie do zera, gra się kończy. Zippy Race zachwycił nas właśnie oryginalnym podejściem do rozgrywki. Motyw podróży między miastami to coś, czego we wcześniejszych ścigałkach nie uraczyliśmy. Podobała nam się także zmiana perspektywy. W momencie gdy dojeżdżaliśmy do miasta, kamera z widoku od góry zmieniała się na ten za plecami. Przed nami zaś było widać miasto, do którego wjeżdżamy. Każde posiadało charakterystyczny dla siebie obiekt czy układ urbanistyczny (np. w Las Vegas widać było święcące neony). Do dalszej gry pchała nas ciekawość. Chcieliśmy wiedzieć, jakie miasto będzie następne. Poza tym rozgrywka była bardzo przyjemna.


04. STREET FIGHTER III



  Street Fighter na Pegasusie? Przecież to bzdura! No nie do końca. Fakt faktem na NES/Famicom żadna bijatyka SF się nie ukazała (Street Fighter 2010 pomijam). Od czego jednak jest scena homebrew. Chińczycy stworzyli swój własny port drugiej części znanej serii bijatyk, obarczając ją cyfrą "trzy" w nazwie. Z racji ograniczonej liczby przycisków na padzie sterowanie nie było tak wygodne jak w pierwowzorze. Sama rozgrywka zaś mniej płynna i bardziej toporna. Dla nas był to jednak pierwszy kontakt ze Street Fighterem! Oczarował nas duży wybór postaci (gra miała ich chyba 16), różnorodność stylów walki, no i te ciosy specjalne. Choć w salonach gier widzieliśmy już wiele różnych bijatyk, to jednak teraz po raz pierwszy mogliśmy ich zakosztować w domowym zaciszu. Wytrzymałość pegasusowych padów została poddana ciężkiej próbie. Zwłaszcza gdy nerwowo usiłowaliśmy wstukiwać kombinacje klawiszy, chcąc wykonać cios specjalny. Ze współczesnego punktu widzenia port był kiepski, jednak wtedy radości mieliśmy co nie miara.

2 komentarze:

  1. I naprawdę nic z Kunio Kun'em w roli głównej ? Ja w Dodge Balla zagrywałem się tak, że niemal zapomniałem o swoim istnieniu ;-)

    OdpowiedzUsuń