niedziela, 23 kwietnia 2017

Prequel pegasusowych czołgów! Tank Battalion!



    Tank, Tank 1990, Battle City, czy jest choć jeden posiadacz Pegasusa, któremu obce są te tytuły? Wątpię. Wszystkie dotyczą jednej gry, w której sterując czołgiem jeździliśmy po labiryncie, niszcząc inne wrogie jednostki opancerzone. Dziś jednak zajmiemy się grą arcade, od której popularne Battle City się wywodzi. Cofamy się do roku 1980, by sprawdzić, jak wygląda pierwowzór słynnych czołgów na Pegasusa. Przed Wami Tank Battalion!






    Tank Battalion został wyprodukowany przez Namco właśnie w 1980 roku. Pierwotnie wydano go jedynie w Japonii, następnie zaś za sprawą firmy Game Plan w Stanach Zjednoczonych. Gra doczekała się konwersji na komputery: MSX, Sharp X68000 i Commodore VIC-20.

  W Tank Battalion sterujemy czołgiem, którego zadaniem jest obrona bazy,oznaczonej jako schowany za murem złoty orzeł, i zniszczenie dwudziestu nacierających w jej stronę wrogich czołgów. Na szczęście wrogowie nie pojawiają się na planszy wszyscy jednocześnie, lecz stopniowo spawnują się u góry ekranu. Z racji ograniczeń technicznych, naraz na monitorze zobaczymy nie więcej niż sześciu wrogów. W prawym dolnym rogu, w formie graficznej, przedstawiona jest liczba przeciwników, jaka pozostała nam do zniszczenia. Po wyeliminowaniu wszystkich przechodzimy do kolejnej rundy.  Natomiast gdy baza ulegnie zniszczeniu lub stracimy wszystkie trzy życia, gra się kończy. Jak to w przypadku tytułów z wczesnych lat 80 - tych bywa, Tank Battalion ukończyć się nie da. Walczymy o jak najwyższy wynik punktowy, by potem pochwalić się nim swoim kolegom bądź koleżankom. ;) Zbieranie punktów ma również praktyczne zastosowanie w samej rozgrywce. Gdy zdobędziemy ich 20000, otrzymujemy dodatkowe życie, co przy wysokim poziomie trudności jest na wagę złota. 





  Nim jednak poruszę ten temat, opowiem trochę o rundach. Każdą planszę widzimy od razu w całości i każda różni się swoim wyglądem. Mają one postać labiryntów złożonych z ceglanych murów, które zapewne symbolizują budynki.  W zależności od rundy są one inaczej ułożone, przez co ścieżki, jakimi poruszają się wrogowie w stronę naszej bazy, za każdym razem mogą się różnić. Jednak, co zapewne było rewolucyjne jak na owe czasy, zarówno my, jak i przeciwnicy, możemy te mury niszczyć za pomocą działa, przez co drogę da się utorować samodzielnie. Ponieważ warstwa chroniąca naszego orła nie jest zbyt gruba, trzeba ciągle mieć się na baczności. Co ciekawe, możemy nawet sami niszczyć mur otaczający naszą bazę, a nawet ją zniszczyć. Układ plansz wprowadza do gry sporo strategii i zmusza do myślenia. Nie raz zastanawiałem się, czy lepiej zniszczyć mur dzielący mnie od przeciwnika w celu jego wykończenia, tym samym ułatwiając im dostęp do mojej bazy, czy lepiej zostawić go tam i kupić sobie nieco czasu, a zająć się czołgami atakującymi z flanki. Tego typu rozmyślań w grze jest więcej i stanowią najjaśniejszy punkt w Tank Battalion. Taki dylemat znika co trzy plansze. Wtedy to nie ma żadnego labiryntu i cały poziom jest pusty. Jesteśmy tylko my, nasza ogrodzona niewielkim murem baza i wrogie czołgi. Obrona naszego orzełka jest wtedy piekielnie trudna, a my musimy wymyślić, w jakiej kolejności eliminować wrogów, by nasza miejscówka nie zamieniła się w ruinę. Dobrą strategią jest niekiedy poświęcenie jednego życia poprzez zasłonięcie naszym czołgiem bazy. Wówczas zarówno my, jak i wrogowie, odradzamy się w punkcie początkowym, co daje nam czas na zniszczenie ich przed dotarciem do orła. 





  Niestety Tank Battalion posiada kilka irytujących wad. Denerwowała mnie czułość sterowania, sprawiająca, że nie zawsze ustawiałem się w miejscu, w którym chciałem. Drażni również system trafień. Aby zestrzelić czołg, musi znajdować się on idealnie naprzeciwko nas. Gdy będzie ustawiony lekko bokiem względem nas, gra nie zaliczy nam trafienia. Zobaczymy, jak pocisk przenika przez bok pancerza, jednak ciągle czołg będzie stał nienaruszony. Na szczęście działa to w obie strony i my również nie zostaniemy zniszczeni po takim trafieniu. Irytuje także wspomniany już wcześniej poziom trudności. Gra niekiedy bywa niesprawiedliwa. Na przykład nasz czołg może strzelać tylko pojedynczymi pociskami, podczas gdy niektóre wrogie pojazdy wystrzeliwują dwa. Zaznajomionym z Battle City graczom tytuł wyda się zwyczajnie ubogi. Brakuje power upów, wszystkie poziomy zbudowane są wyłącznie z cegły i nie ma edytora poziomów. 






  Graficznie Tank Battalion, jak na 1980 rok, musiał prezentować się świetnie. Dziś już niestety nie powala. Skokowe poruszanie się pojazdów i brak ruchu gąsienic w trakcie jazdy rażą oczy. Podobać mogą się jedynie wybuchy czołgów. Oprawa audio jest dość uboga. Składa się na dźwięk jadącego czołgu i wystrzały. O ile ten pierwszy nie brzmi najlepiej,  to ten drugi wypada zaskakująco dobrze.

  Tank Battalion, jak na rok 1980, musiał robić wrażenie. Niestety, gra nie przetrwała próby czasu. Wydane później Battle City czy Tank Force są zdecydowanie lepsze i bardziej rozbudowane. Na ich tle Tank Battalion to tylko ciekawostka, którą fani późniejszych gier Namco z czołgami powinni znać choćby dlatego, by wiedzieć, skąd ich ulubione tytuły się wywodzą.
   Jak gra prezentuję się w akcji? Sprawdźcie na moim poniższym let's play'u:



    
     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz