niedziela, 2 kwietnia 2017

Go! Go! Power Rangers!!!



  W chwili, gdy piszę te słowa, Power Rangers od paru dni można obejrzeć na srebrnym ekranie. Choć filmu jeszcze nie widziałem i przeczuwam, że okaże się porażką, z sentymentu chętnie się na niego wybiorę. Powrócę wspomnieniami do czasów, gdy w podstawówce przed lekcjami śledziło się w TV losy pięciu nastolatków ubranych w różnokolorowe stroje i walczących ze złą Ritą. W latach 90- tych Power Rangers było prawdziwym fenomenem. Sam w serii najbardziej upodobałem sobie sztuki walki, transformację i starcia olbrzymich robotów z potworami. Wobec tego byłem zadowolony, gdy udało mi się znaleźć na Pegasusa cartridge z grą na podstawie mojego ulubionego serialu. Przy okazji premiery nowego filmu znów sobie o tym tytule przypomniałem i postanowiłem Wam go przedstawić.




  Na początku jednak krótko objaśnię, skąd właściwie wzięli się ci Power Rangers. Otóż seria ta pochodzi z Japonii. Opowiada o grupie superbohaterów w różnokolorowych kostiumach, którzy wykorzystują swe moce do walki ze złem. Ich wrogami przeważnie są potwory z kosmosu.  Każdy z wojowników posiada własną specjalną broń, a także mecha do walki z większymi przeciwnikami. Pierwszy sezon, pod japońskim tytułem Super Sentai, pojawił się na ekranie tamtejszych telewizorów w 1977 roku. Spotkał się z na tyle ciepłym przyjęciem, że zaczęto produkować kolejne. Z czasem Super Stentai stało się prawdziwym fenomenem. Do tego stopnia, że kolejne epizody produkowane są do dziś (seria liczy obecnie 41 sezonów!) i nic nie wskazuje na to, by seria miała się zakończyć. Widząc olbrzymią popularność Super Sentai w Japonii, Amerykanie w 1992 roku postanowili przenieść serial na swoje podwórko. Ponieważ w tym roku w Kraju Kwitnącej Wiśni premierę miał szesnasty sezon zatytułowany Kyōryū Sentai Zyuranger, zdecydowano zaadoptować tę konkretną serię na zachodni rynek. Opowiadała ona o piątce nastolatków, którzy weszli w posiadanie magicznych strojów z hełmami przedstawiającymi prehistoryczne bestie, zyskując równocześnie super moce i potężne roboty również bazujące na stworach z tamtego okresu. Wszystko to, by przeciwstawić się zagrażającej światu wiedźmie Bandorze (w amerykańskiej wersji Rita). Serial został na zachodzie nazwany Power Rangers i z czasem również doczekał się wielu kolejnych sezonów.



  
  Gra, którą się zajmę, pochodzi z 1992 roku i bazuje właśnie na Kyōryū Sentai Zyuranger. Została zatytułowana Kyouryuu Sentai Juuranger i wydano ją jedynie w Japonii na konsolę Famicom. To platformówka, w której naszym celem jest pokonanie wiedźmy i jej sługusów. Gra podzielona jest na pięć poziomów. Na każdym z nich sterujemy innym z piątki głównych bohaterów. Szkoda, że nie możemy zdecydować na jakim poziomie, którym z wojowników chcemy grać. Są oni odgórnie przypisani do danej planszy.


   Nasi wojownicy każdy poziom zaczynają wyposażeni w pistolet laserowy. Nie ma on jednak zbyt dużego zasięgu ani wielkiej mocy. W połowie każdego poziomu natrafimy na pokój, gdzie nasz mistrz, Zordon w nagrodę za to, że dotarliśmy tak daleko, ofiarowuje nam lepszą broń (czemu nie mógł jej dać na samym początku?). Oręż, jaki otrzymamy, różni się w zależności od rangera: żółta wojowniczka dostanie dwa sztylety, różowa łuk, niebieski wojownik otrzyma trójząb, czarny topór, a czerwony miecz. Zdecydowanie najlepszy jest łuk z racji dużej mocy i olbrzymiego zasięgu. Broń czarnego i czerwonego wojownika również jest dość mocna. Najbardziej rozczarowuje trójząb niebieskiego. Jak na tak długą broń zasięg rażenia jest zaskakująco krótki. Miejscami żałowałem, że zostawiłem swój pistolet u Zordona. Dodatkowo po każdej planszy rozsiane są monety mocy. Jeżeli zbierzemy ich tyle, by zapełnić pasek u dołu ekranu, zobaczymy grafikę przedstawiającą naszego mecha (każdy wojownik ma innego: żółta wojwoniczka tygrysa szablozębnego, różowa pterodaktyla, niebieski wojownik triceratopsa, czarny mastodonta, a czerwony tyranozaura) wraz z jego danymi. W ten sposób także odnowimy do pełna nasz pasek zdrowia, bądź jeżeli jest on już pełny, dostaniemy dodatkowe życie.


  Poziomy nie są specjalnie długie ani trudne, niezależnie czy zagramy na łatwym, czy normalnym poziomie trudności. Nasze zmagania stoczymy m.in. w lesie, zamku, czy w jaskini. Gra zawiera oklepane już z innych gier tego gatunku elementy platformowe, jak kolce, przepaście, lawę, platformy zapadające się pod naszymi stopami bądź transportujące nas do góry lub dołu. Nic odkrywczego. Nie powinny jednak sprawić nikomu większych trudności. Podobnie sprawa ma się ze zwykłymi przeciwnikami. Samymi wrogami jestem rozczarowany. Gdzie są znani z serialu kitowcy? Jakoś nie przypominam sobie, by rangersi walczyli z pająkami, wężami, chodzącymi rybami, pełzającymi oczyma itd., a właśnie tacy wrogowie staną nam na drodze. Kitludzi zaś brak! Bossowie już z kolei mogą stanowić wyzwanie. Są nimi znane z serialu cztery potwory towarzyszące Ricie i ona sama na końcu. Walka z nimi wymaga rozszyfrowania schematu ich ataków i wykorzystania dogodnego momentu do zadania ciosu. Starcia z niektórymi z nich bywają irytujące. Mam wrażenie, że przy pierwszym i trzecim bossie gra nie zawsze zaliczała mi trafienie przeciwnika, co kosztowało mnie niestety parę żyć.



   W grze o Power Rangers nie mogło oczywiście zabraknąć walki mechów. Ich realizacja jest jednak godna pożałowania. Mają one formę mini gierek. W pierwszej Megazord ze Smokozordem grają w... Ponga! Nie wiem jak wy, ale ja nie przypominam sobie, by w serialu dwa olbrzymie roboty odbijały piłeczkę paletkami w środku miasta. Nie mniej kuriozalna jest druga mini gra. Smokozord i potwór stoją po przeciwległych stronach ekranu. Jedna ze stron ma ze sobą bombę z dziesięciosekundowym zapalnikiem, którą przerzucają między sobą. Przegrywa ten, kto będzie w posiadaniu bomby, gdy ta wybuchnie. Jest jeszcze jedna mini gra, w której Rita zadaje nam pytanie, a my musimy wybrać prawidłową spośród trzech odpowiedzi. Owe zadania pojawiają się po każdej planszy i są opcjonalne. Zwycięstwo daje nam premię w postaci dodatkowego życia. Gorzej jednak gdy przegramy w ponga lub bombę. Wtedy tracimy jedno życie, a możemy nawet stracić wszystkie, co skutkuje zobaczeniem napisu Game Over". Wkurza to tym bardziej, że password (przedstawiony w fajnej formie graficznej) objawia się nam dopiero po mini grze. Oznacza to, że w razie porażki musimy powtarzać cały poprzedni poziom od nowa! Na szczęście w zagadkach Rity porażka nie przynosi nam żadnych konsekwencji. W mini gry można także zagrać w osobnym trybie. Do tego bomba i pong daje nam możliwość zmierzenia się z drugim żywym graczem. Wątpię jednak, by kogoś przyciągnęły na dłużej.



  Oprawa audio nie jest specjalnie porywająca. Choć melodie są przyjemne, to jednak  powtarzają się. W każdej planszy i przy starciu z bossem towarzyszy nam ten sam motyw muzyczny. Na plus należy zaliczyć fakt, że na ekranie startowym słyszymy utwór początkowy z japońskiej wersji serialu. Grafika w grze jest dość przeciętna. Zarówno postacie, jak i lokacje nie zostały wykonane zbyt szczegółowo. Chyba najlepiej w tym wszystkim prezentują się postacie rangersów. Oko cieszą za to obrazki w przerywnikach. Najbardziej podobały mi się grafiki poszczególnych zordów.


  Podsumowując, gra jest dość przeciętna. Rozgrywka jest bardzo krótka, stosunkowo prosta i posiada średnio ciekawe mini gry. Poziomy również mogły zostać zaprojektowane lepiej. No i gdzie te walki robotów!? Mimo wszystko ja bawiłem się całkiem dobrze i chętnie jeszcze do gry wrócę. Jeśli w gąszczu hardkorowych famicomowych tytułów chcecie chwycić za coś prostszego i w miarę bezstresowego, a wady specjalnie wam nie doskwierają, to polecam.


Poniżej zamieszczam mój Let's Play z rozgrywki!





    


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz