niedziela, 26 marca 2017

Pierwsza gra o Wojowniczych Żółwiach Ninja


   


   Wojownicze Żółwie Ninja to jedna z moich ulubionych kreskówek z dzieciństwa. Perypetie czterech zmutowanych gadów śledziłem już od czasów przedszkolnych. Posiadałem nawet kilka komiksów z Żółwiami. Uwielbiałem niezwykle sympatycznych głównych bohaterów, humor, jak i sceny walki. Marka Teenage Mutant Ninja Turtles stała się na tyle popularna, że zaczęto produkować masę gadżetów z nią związanych. W tym także gry wideo. Rok 1989 obrodził w aż dwa tytuły z serii. Oba nazwano po prostu Teenage Mutant Ninja Turtles (w Europie Teenage Mutant Hero Turtles). Pierwsza została wydana z myślą o konsoli NES i ówczesnych komputerach osobistych. Druga stworzono na automaty. Choć do tej pierwszej na pewno jeszcze wrócę, to dziś postanowiłem zająć się grą arcade, według mnie ciekawszą pod każdym względem. Zatem Cowabunga!



   W mieszkaniu przyjaciółki wojowniczych żółwi April O'Neil wybuchł pożar. Zauważywszy to, nasi bohaterowie natychmiast ruszyli na ratunek. Jak się na miejscu okazało, za podpaleniem stał największy wróg turtlesów, Klan Stopy. Niestety, gdy już przedrzemy się do mieszkania April (co stanowi pierwszą misję), szef wrogiej organizacji Schredder porywa ją. Żółwie natychmiast ruszają za nim w pościg. Tak oto prezentuje się fabuła gry, która, choć jest dość banalna, posiada parę zwrotów akcji.

   Teenage Mutant Ninja Turtles to chodzona bijatyka. Rozgrywkę zaczynamy od wyboru jednego z czterech bohaterów. Są to: władający dwoma katanami Leonardo, walczący przy pomocy nunchaku Michelangelo ( mój ulubieniec, zgadnijcie dlaczego ;) ), uzbrojony w sai Rafaelo i posiadacz kija Donatello. Co ciekawe, gra w zależności od modelu automatu i regionu pozwala bawić się dwóm, a nawet czterem graczom równocześnie. Wybór żółwia ma o tyle znaczenie, że walka każdym wygląda ciut inaczej. Donatello dzięki swojemu kijowi ma większy zasięg ataku, ale wyprowadza go wolniej. Rafaelo i Michelangelo, choć mają stosunkowo krótką broń, to szybciej zadają ciosy. Leonardo jest najbardziej zrównoważony, jego szybkość i zasięg są średnie. Sterowanie składa się z gałki analogowej i dwóch przycisków. Jeden odpowiada za skok, drugi za atak. Wciskanie tego drugiego parokrotnie przy wrogu sprawia, że nasz żółw wykonuje kombo złożone z różnych ruchów. Czasem w ten sposób zdarza się przerzucić przeciwnika. Gdy takowy uderzy w ścianę albo inny ciężki przedmiot, ginie natychmiastowo. Wciskając atak i skok równocześnie, turtlesi wykonują cios specjalny. Niestety, twórcy nie silili się na wymyślanie różnorodnych ataków i w przypadku trójki żółwi wygląda on identycznie. Mike, Leo i Don lekko podskakują, wykonując szeroki zamach swoim orężem. Jedynie atak Rafa jest trochę inny. Turla się po ziemi, by następnie uderzyć mocnym kopnięciem. Szkoda, że nie wymyślono odrębnych specjali dla każdego żółwia. Oprócz tego nasi ninja potrafią wykonać trzy rodzaje ataków, będąc w powietrzu. To, jaki cios wykonamy, zależy od tego, na jakim etapie opadania wciśniemy przycisk uderzenia. Będąc w powietrzu, możemy zrobić wymach bronią podobny do naszego specjala, wykonać kopniak raniący znajdujących się nad ziemią wrogów, bądź „zanurkować” w dół, atakując nogą przeciwników na ziemi. Choć brzmi to fajnie, to niestety wyczucie momentu, w którym w czasie skoku należy wcisnąć atak, jest dość trudne i potrafi zirytować. Masę razy, gdy próbowałem wykonać „nurkujący cios”, uderzałem bez sensu w powietrzu. Jak dla mnie dużo prościej byłoby zostawić tylko ten pożądany przeze mnie atak. Przeciwników latających jest w grze tak niewielu, że pozostałych dwóch prawie się nie używa i ten jeden starczyłby w zupełności. Po pewnym czasie starałem się nie wykonywać żadnych ciosów z powietrza, jeśli przeciwnik tego nie wymagał. Dodatkowo w niektórych miejscach skacząc w stronę ściany, możemy się od niej odbić.





     Co ciekawe, w walce możemy wykorzystać także niektóre elementy otoczenia. Sporo frajdy sprawiło mi np. uderzenie w butlę gazową i zwabienie w jej okolice wrogów. Owa butla wybuchając zabiła wszystkich nieszczęśników w pobliżu. Oprócz tego możemy przywalić np. w parkometr, pachołek drogowy czy zawór od hydrantu a ten zrani wszystkich znajdujących się naprzeciwko niego wrogów. Przeciwnicy również wykorzystują niektóre elementy otoczenia, np. wyskakują z kanału i cisną w nas włazem od studzienki. Wystarczy jednak w odpowiednim momencie uderzyć ową pokrywę, a poleci ona z powrotem do adresata, gwarantując mu natychmiastowy nokaut.
    Skoro o wrogach mowa to, mimo iż w większości są podobni to tak naprawdę, ich różnorodność jest całkiem spora.  Najbardziej podstawowi z nich to żołnierze Klanu Stopy. Występują oni w kilku kolorach. Każda barwa oznacza inne umiejętności danego żołnierza, przykładowo: fioletowi walczą wręcz, czerwoni strzelają z karabinów, żółci atakują bumerangiem, a niebiescy rzucają shurikeny. Oprócz nich zmierzymy się z różnego rodzaju robotami. Wśród nich są m.in. mechaniczne wersje myszy, wieżyczek strzelniczych czy latających insektów. Należy uważać również na pułapki, jak spadające ze schodów kule, przejeżdżające auta czy dziury w podłożu. Na końcu każdego etapu czeka nas walka z bossem. Tu już różnorodność jest mniejsza. Większość z nich to mięśniaki z różnego rodzaju pukawkami, z którymi walczy się dość podobnie jak znani z kreskówki Rocksteady, Bebop czy dwaj żołnierze — roboty. Sama rozgrywka jest bardzo trudna, zwłaszcza jeśli walczymy sami. Wrogów pojawiających się równocześnie na ekranie jest sporo, a stare przysłowie mówi: i Herkules d*pa, kiedy wrogów kupa". Ciężko wyjść z wielu starć bez szwanku i gra wymaga naprawdę ogromnej wprawy albo sporej ilości posiadanych żetonów, by można ją bezstresowo ukończyć. Nasze nadszarpane zdrowie możemy zregenerować, zjadając porozrzucaną po planszach pizzę. Niestety, rozmieszczone one są tak rzadko, że lepiej cenić każdą pojedynczą kreskę na pasku zdrowia.



   Nasze zmagania z Klanem Stopy stoczymy na 6 etapach, tu nazwanych scenami. Oprócz płonącego apartamentu powalczymy m.in. na ulicach Nowego Jorku, kanałach czy parkingu podziemnym. Wszystkie prezentują się bardzo ładnie i są bardzo szczegółowe. Oczy cieszą takie drobnostki, jak np. April wołająca o pomoc na ekranie telewizora na wystawie sklepowej i grożący potem żółwiom Schredder. Same turtlesy również prezentują się bardzo dobrze. Podobała mi się zwłaszcza zmienna mimika ich twarzy w trakcie zadawania ciosów. Gra posiada również ładnie jak na owe czasy, animowane przerywniki. Jedyny błąd, jaki zauważyłem, pojawił się wówczas, gdy na etapie w kanałach chciałem wskoczyć do wody. Zarówno mój żółw, jak i wrogowie, zamiast się w niej zanurzyć, chodzili po jej powierzchni niczym Jezus. 
  Konami słynie z dobrej muzyki w swoich grach i tak też jest i tym razem. Fanów TMNT w szczególności ucieszy motyw początkowy znany z serialu i śpiewany przez te same osoby, co w telewizyjnym show. Do tego wszelkie kwestie wypowiadane przez postacie są udźwiękowione i brzmią niemal tak dobrze, jak w kreskówce.



    Czy warto zapoznać się z Teenage Mutant Ninja Turtles? Ciężko mi do końca odpowiedzieć na to pytanie. Problemy z uderzaniem z wyskoku i duży poziom trudności mogą zrazić do tytułu wielu graczy. Jeżeli macie dostęp do gry na emulatorze, to warto spróbować. Na automacie opłaca się grać jedynie gdy macie z kim. Samemu gra może się okazać zwyczajnie zbyt trudna i może zabraknąć wam żetonów, by tytuł ukończyć.



       
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz