niedziela, 4 grudnia 2016

Skąd ksywa Jed4h? Czyli sentymentalny powrót do salonów gier.

 


       Wielu z Was pewnie się zastanawia, skąd wziąłem pomysł na taką, a nie inną ksywę. Dziś postaram się odpowiedzieć na to pytanie. Odkąd zacząłem fascynować się grami, obok żadnego mijanego salonu gier nie mogłem przejść obojętnie. Zawsze musiałem wejść, zobaczyć, jakie mają tytuły, obejrzeć, jak grają inni, czy samemu zagrać. Street, Fighter, Mortal Kombat, Metal Slug, Cadillacs & Dinosaurs, te i wiele innych gier królowało w okresie mody na „flippery” w latach
90 - tych ubiegłego wieku.
         Salony gier najczęściej odwiedzałem, spędzając wakacje w nadmorskich kurortach. Odniosłem wrażenie, że większość miejscowości turystycznych nad Bałtykiem to prawdziwa wylęgarnia takich miejsc. W samym Dźwirzynie (ach, bardzo ładne miejsce!) doliczyłem się pięciu salonów. Był rok 2000 i kolejny raz z rzędu pojechaliśmy tam z rodziną na wczasy. Wieczorem pierwszego dnia postanowiłem wyruszyć na miasto i zobaczyć, co nowego od zeszłego roku pojawiło się na flipperach. Z garścią jednozłotówek udałem się do mojego ulubionego miejsca. Wchodząc, zacząłem się rozglądać po automatach. Outrun? Już był. Metal Sług 2? Też rok temu był. Tekken 3? Tak samo. Myślę: no nic, pogram sobie jak w ubiegłym roku w Street Fightera. Podchodzę już do automatu, gdy nagle w maszynie obok w oczy rzuciło mi się ciekawe intro do gry, której nigdy wcześniej nie widziałem. Spodobały mi się ładnie zaprojektowane postacie o mangowej stylistyce, jak i tajemniczo brzmiąca melodia w tle. Gdy intro dobiegło końca, moim oczom ukazał się tytuł jednej z, jak się później okazało, ulubionych gier do dziś: Vampire Savior: The Lord of Vampire, znane także jako Darkstalkers 3. To  dzieło wyprodukowane przez Capcom w 1997 roku.


      Co w tej grze takiego ciekawego? Dla mnie główną siłą są niezwykle oryginalne postacie
i niesamowity klimat. To nie kolejna gra, gdzie do wyboru mamy karatekę, zapaśnika czy boksera. Vampire Savior prezentuje prawdziwy festiwal osobliwości zaczerpnięty z baśni, legend, mitologii czy opowiadań. Znajdziemy tu m.in. wilkołaka, Frankensteina, mumię, wampira, sukuba, Yeti,
a nawet... Czerwonego Kapturka! Łącznie do wyboru mamy piętnaście zupełnie odmiennych postaci. Każda posiada swoje równie odjechane ciosy specjalne, np. mumia Anakronis spuszcza na przeciwnika grad sarkofagów, chiński duch Hsien-Ko ogłusza wroga gongiem, Yeti Sasquach zamraża swoim lodowym oddechem, a wampir Dmitri podpala wrogów kulą ognia. Jak dla mnie, nic nie przebije jednak Czerwonego Kapturka B.B. Hood, który z koszyczka wyjmuje uzi, strzela
z bazooki, a spod spódnicy wypuszcza miny przeciwpiechotne.



       Ja jednak najbardziej upodobałem sobie sukkuba Morrigan. Oprócz jej niezwykłego wdzięku zdecydowanym jej atutem jest fakt, że jest łatwa do opanowania i stosunkowo prosto można nauczyć się ciosów specjalnych. Każda postać dodatkowo posiada pasek na dole ekranu, który stopniowo zapełnia się w trakcie walki. Po naładowaniu umożliwia odpalenie super combo zadającego potworne obrażenia. Samo sterowanie jest bardzo wygodne i przypomina to, co znamy ze Street Fightera. Vampire Savior obsługuje sześć przycisków. Te odpowiadają za słabą pięść, średnią pięść i mocną pięść, a także słaby kopniak, średni kopniak i mocny kopniak. Będąc blisko rywala i naciskając strzałkę kierunkową i rękę, możemy rzucić rywalem. Oczywiście, słowa pięść i kopniak są tu mocno umowne, gdyż w zależności od potwora ciosy można wyprowadzać na różne sposoby. Przed wybraniem postaci da się także zmienić jej kolor i dostosować tempo gry.


        Do pokonania czeka na nas ośmiu losowych rywali. Co ciekawe, ostatni boss zawsze jest inny w zależności od tego, z jakim przeciwnikiem walczymy. Każda postać ma tu bowiem swoją własną linię fabularną, co również jest niewątpliwą zaletą tytułu. Niektóre historie są całkiem śmieszne, inne zaś dość poważne. Nie zabrakło także odzywek, jakie wygłaszają postacie po pokonaniu rywala. Walki nie są podzielone na rundy. Wojownicy posiadają dwa paski energii, po zbiciu jednego walka nie jest przerywana, lecz toczy się dalej. Same starcia są szybkie i niezwykle satysfakcjonujące. Do tego dochodzą  ciekawie zaprojektowane lokacje i klimatyczna muzyka.


       Dzięki temu Vampire Savior: The Lord of Vampire totalnie mnie zauroczyło. Grałem w tę grę częściej niż w jakąkolwiek inną i była zarazem pierwszą i jedyną, którą udało mi się w salonie gier ukończyć. Pomyślałem wtedy, że wezmę sobie pseudo od jednej z postaci z tej gry. Choć najczęściej wybierałem Morrigan, ciężko byłoby wziąć ksywkę od postaci kobiecej. Stąd padło na Jedaha.
Kim on jest? To główny antagonista w tej grze. Jest demonem najwyższej rangi, który wybudził się po przedwczesnej śmierci. Gdy zobaczył, jaki chaos zapanował w świecie demonów, postanowił zaprowadzić w nim ład. Stwierdził, że jedynym sposobem, by to osiągnąć, jest likwidacja nowego świata i utworzenie całkowicie innego. W tym celu otworzył wrota wymiaru Majigen, by  przyciągnąć wartościowe dusze, których pozyskanie pozwoliłoby mu zrealizować ten zamiar. Tymi duszami są właśnie pozostałe postacie w grze.


      
       Choć samym Jedahem grało mi się niezbyt wygodnie, bardzo upodobałem sobie jego design
i charakter. To chyba jeden z najfajniejszych badassów, z jakim się spotkałem. Jest postacią dość wyluzowaną, ale równocześnie szalenie inteligentną. Mocno koncentruje się na realizacji swojego celu i robi wszystko, by go osiągnąć. Rzadko okazuje jakiekolwiek emocje, nie licząc jego szaleńczego śmiechu. Posiada dość ciekawą umiejętność odczepiana każdej części swojego ciała
i używania jej jako broni. Przy jego projektowaniu, twórcy inspirowali się japońskimi bogami śmierci Shinigami. Jednak wybór takiego, a nie innego nicku to bardziej mój hołd w stronę samej gry, aniżeli tej konkretnej postaci. To świetny tytuł, któremu naprawdę warto dać szansę. Niestety, nie została aż tak doceniona jak Street Fighter i już od wielu, wielu lat nie ukazała się żadna nowa gra z serii (porty i remastery pomijam). Marzy mi się, by ktoś odświeżył tę markę w sposób, w jaki nowe życie dostał Street Fighter przy premierze czwórki. Jednak, niestety, nic się na to nie zanosi...





     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz